Ciekawostki

Ciekawostki

O wyglądzie dawnej Opinogóry możemy przeczytać w liście Elizy z Branickich Krasińskiej adresowanym do matki – Róży Branickiej:

„Opinogóra to prawdziwa oaza wznosząca się na łagodnym stoku zwieńczonym piękną zielenią drzew pośród rozległych równin pokrytych złocistymi łanami zbóż i bogatymi łąkami. Dom mojego teścia jest niski, wygodny, stary, gościnny i przyjemny dla oka – nasz mały zamek, natomiast, to istny klejnot. Jego gotycka wieża góruje nad całą okolicą – Dame Malbrough takiego nie miała. Nasze pokoje są prześliczne, urocze w swym surowym stylu, który pasuje do nich jak poważna zmarszczka do ładnej, uśmiechniętej buzi; okna o ostrych łukach przepuszczają przez swe kolorowe witraże łagodne światło, miłe dla oka i mieniące się wszystkimi kolorami tęczy –
a wieczorem widzimy jak słońce zachodzi na horyzoncie rzucając na równinę tysiące harmonijnych, żywych barw. Ogród jest ładny i zadbany, z jednej strony przylega do niego mały staw, po którym można pływać na dwóch ładnych, zielonych łódkach przycumowanych do brzegu wśród trzcin
i wysokich traw – opodal znajduje się folwark, gdzie wieczorem można zobaczyć powracające
(z pastwiska) szwajcarskie krowy z dzwonkami u szyi; ponadto w pobliżu, w osobnej zagrodzie przechadzają się daniele, a białe łanie przeglądają się w sadzawce znajdującej się na ich terenie. Za sąsiadów mają dorodne kury z ostrogami, szaroniebieskie gołębie, wesołe perliczki i wreszcie całe radosne i rozkrzyczane ptactwo domowe. Mała kaplica, gdzie chodzimy słuchać mszy św., stoi bielutka pośród zielonych drzew, cmentarz położony jest na stoku wzgórza, a plebania zamyka z tej strony ramy malowniczego obrazu, jaki przedstawia Opinogóra.”

Z listu do Róży Branickiej, Opinogóra, 21 sierpnia 1843 r.

Pisarz Stefan Żeromski tak relacjonował swoją wycieczkę do Opinogóry w dniu 22 sierpnia 1887 r. w „Dziennikach”:

„22 VIII (poniedziałek)

Byłem dziś w Opinogórze. Od dawna, odkąd tu jestem, wzdychałem do tej wycieczki, jak muzułmanin do zwiedzenia grobu Mahometa. Jeździliśmy konno z Kaziem. Ja na jednej z czterech klaczy cugowych – on na kucu. Zaledwie minęliśmy Kotermań – zarysowała się wyraźnie wieżyca zameczku, do którego zdążaliśmy. Na prawo leżało Przedwojewo, na lewo – Dzbonie. Wyjeżdżamy na szosę prowadzącą do Przasnysza, za Dzboniem skręcamy w bok – i stajemy wkrótce wobec muru otaczającego park opinogórski. Roztacza się jeden z tych krajobrazów, od których odwraca się oczy z dziwnym żalem, dlatego że go opisać nie podobna. Ze wzgórza, na którym leży zamek, park
w kształcie olbrzymich chmur zieloności zbiega ku stawom. Srebrne brzozy, wierzby rzucają w wodę gałęzie, a od nich idą w różne strony aleje zapuszczone, straszne, przepiękne. Rozumiem, dlaczego Zygmunt z takim smutkiem i żalem wspominał Opinogórę w liście do Gaszyńskiego. Tu jego geniusz dziecięcy pierwszy raz spotkał się z wielką księgą piękności. Tu chodził prowadzony przez Korzeniowskiego, a bawił się na kobiercach łąk, nad brzegami stawów z Gaszyńskim. Park ten zrobił na mnie takie wrażenie jak Łazienkowski, gdy po upalnym dniu biegłem doń upijać się zielonością… Lecz opuszczamy park, gdyż idziem oddać czołobitny pokłon wielkim popiołom.

Po drugiej stronie pałacu i parku wznosi się kościół. Żaden z kościołów warszawskich nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest to jakieś greckie cacko, cudowna myśl architekta. Mało znam się na stylu, o ile jednak wnosić mogę, jest w tej budowie – styl romański. Na przedzie wznosi się niby portyk grecki, wsparty na korynckich kolumnach. Wysoka nawa króluje nad otaczającym parkiem i patrzy w nieskończoną równinę pól.

Przywiązałem konia do sztachet otaczających kościół, a sam poszedłem na plebanię. Ponieważ proboszcza nie było, umizgnąłem się więc o klucze od podziemi – do księżej gospodyni. Księża gospodyni odesłała Mię do żony kościelnego. Poszedłem do żony kościelnego. Ostatnia poprowadziła mię wreszcie, pobrzękując kluczami, do zakrystii kościelnej. Wbiegłem do kościoła
i rzuciłem się oglądać pomnik matki Zygmunta. Pomnik (z kararyjskiego marmuru) przedstawia kobietę umierającą z krzyżem w ręce i błogosławiącą maleńkiego chłopczynę, co klęczy u jej wezgłowia. Chłopczyna ten – to Zygmunt. U dołu pomnika napis łaciński, poczynający się od słów: „Mariae Radziville – principia genere itd.”.

Chwilę czasu mam zaledwie, by rzucić okiem na ołtarz główny. Miejsce organu zastępuje tu melodykon. Znać, że tu modlili się ludzie tacy jak nasz wielki poeta. Cisza śmiertelna, żadnego obrazu, białe ściany świątyni biegnące wysoko, głuchy łoskot kroków.

Lecz opuszczam i kościół… Odźwierna prowadzi nas ku zewnętrznej stronie prezbiterium. Są tam ciężkie drzwi z wykutym na nich herbem. Otwarła je. Przeszliśmy jeden sklep pusty, drugi pusty i wreszcie stanęliśmy wobec zamkniętych drzwi. Gdy je otwarła babina – weszliśmy do wiecznej sypialni smutnego ducha poezji polskiej.

Stoi tam na drewnianych podstawach sześć drewnianych trumien. Pośrodku stoi wielka dębowa, zwykłego formatu – to trumna Wincentego. Obok tej – czarna, suknem obita, otoczona srebrną lamą, mająca kształt zwykłej podłużnej skrzyni, ściętej cokolwiek w głowach. Pośrodku płaskiego wieka przybita mosiężna tablica i dużymi literami wyryto na niej: „Zygmunt Krasiński †1859”. Nic więcej. Obok dużej trumny małego ojca – mała trumienka czarna wielkiego syna. Wiesz, że on tu leży, i dziwno ci, że to ten sam dumny, nieprzebłagany wielki – w tej małej czarnej trumience. Głowa się usuwa na piersi, toczą się łzy po twarzy.

(…)Wobec tego prochu czujesz się tak nikczemnym i małym, tak dziwny wstyd uderza cię
w twarz!… Ten „syn szlachecki” – wiecznie jednaki: śpi teraz z tym samym słowem na trumnie, jakie miał za życia na ustach:

Duma bez pokory – to próżność;

pokora bez dumy – to podłość.

(…)Jesteś w tym podziemiu Polakiem, czcicielem wielkiego prochu.

(…)Zerwałem gałązkę akacji z cmentarza i wskoczywszy na koń uciekłem stamtąd ze łzami.

Pałac nie robi wrażenia. Hr. Wincenty wzniósł go dla Zygmunta wyłącznie w stylu średniowiecznym. Jest on cokolwiek podobny do zameczku Łuszczkiewicza w Kielcach. Dziś mieszka w nim jakaś pani doktorowa z Ciechanowa na letnim mieszkaniu – nie można więc było nawet obejrzeć pokojów i wieżycy. W parku i na folwarkach, po drogach i w ogrodach znać opuszczenie
i nieład. Obecni panowie Krasińscy- ścigają się w Carskim Siole…

Ze smutkiem żegnałem opinogórski park.”

Swoje dzieciństwo i młodość spędzone w Opinogórze z wielką nostalgią opisał w książce „Kraina lat szczęśliwych” Stanisław Łukasiewicz, którego ojciec był zarządcą w majątku Krasińskich. Tak zapamiętał, jako dziecko, swoją pierwszą podróż do Opinogóry i wizytę w kościele:

„Cała miejscowość tonęła wśród wysokich drzew, skłębionych ogrodów. Pokazywały się między nimi solidne dachy licznych murowanych budynków. Nad ogromnym, tajemniczym parkiem sterczała wieżyca myśliwskiego zamku, wśród drzew o fantastycznie powyginanych konarach pobłyskiwały okna wielkiego pałacu.

Park widoczny był z wózka tylko chwilami, zasłaniał go wysoki, obrośnięty pnączem
i licznymi splątanymi krzewami murowany parkan, obok którego właśnie w tej chwili jechali.

[…]Minęli mur i folwark ukazał się im całym swym obszarem. Koń biegł żwawym truchtem szosą pod górkę, a oni spoglądali na spory drewniany budynek urzędu gminnego, ze srogimi tablicami nazw od frontu, na długie, murowane czworaki folwarczne po obu stronach drogi,

z niewielkimi ogródkami tryskającymi zielenią, na grube, sklecone z wielkich polnych kamieni mury dużej kuźni, gdzie w otwartym wnętrzu, hucząc, łopotał dziko skrzydłami czerwony płomień.

Chłopczyk dojrzał spory, bardzo spokojny teraz pod wieczór staw przy drodze. Tuż nad jego brzegiem rosła nieba sięgająca topola o potężnych konarach. Wysoko wśród gałęzi tkwiło koło od wozu, na którym bocian uwił sobie gniazdo. Za stawem, w którym przeglądał się już bledziutki sierp. Po prawej stronie widniała ceglana ściana cugowej stajni, wozowni na hrabiowskie karety, podwórze wyłożone grubymi brukowcami zamykała od zachodu wielka stajnia dla koni fornalskich, łączyła się
z nią obora dla krów dworskich i parobczańskich.

Od strony pól, aż kipiących od zieleni, rozjaśnianych zagonami gorącozłotej ognichy,
w których głębi rysowały się fioletowymi konturami liczne zagaje, wielki podwórzec folwarczny odgradzała długa, przewiewna stodoła ze spiczastym dachem podpartym rzędami słupów. Z lewej strony podwórza stały kierat i sieczkarnia nakryte dachem, a tuż przy ogrodzie zimnymi murami
z szarej cegły wznosił się wysoki spichlerz o wąziutkich, okratowanych i mocno zakurzonych okienkach.

Gdy wózek zbliżył się do ogrodu, ukazał się pałac hrabiowski, górujący nad zabudowaniami, prześwitujący jasnymi ścianami poprzez poważne, wyniosłe drzewa parku. Stał władczo jak twierdza, wysokim, w piorunochron uzbrojonym dachem sięgał, zdawało się, błękitnego nieba. Wieża zameczku wybijająca się ponad falistą powierzchnię drzew parkowych widoczna była niedaleko pałacu z prawej strony.

Na froncie najwyższego piętra zameczku umieszczony był wielki obraz Matki Boskiej Częstochowskiej o sczerniałej, zbolałej twarzy. Paliła się tam bez przerwy lampka oliwna. Nad zameczkiem sterczał proporzec i rozpościerał skrzydła do lotu z żelaza kuty Ślepowron, herb hrabiowski.

[…]

Plebania była drewniana, wysoka, z przybudówkami, tonęła wśród rozlicznych krzewów przechodzących dalej w rozległy ogród.

Kościół widniał na wzgórku. […] Kościół pobudowany był z rozmachem i przepychem. Fronton podpierały cztery potężne, jaskrawe od białego tynku kolumny. Przerażały chłopczyka swoją wielkością. Kościół był tak ogromny, jakby łączył się z niebem. Zdawało się, iż tędy wchodzi się po prostu do nieba. […]”